Po sukcesie Oxygene Jarre poszedł za ciosem i stworzył kolejny świetny album- Equinoxe, który jest zdecydowanie bardziej melodyczny. Można powiedzieć, że jeśli Oxygene był "związany" z powietrzem, tak w Equinoxe dominuje inny żywioł, woda, słuchając płyty nieraz usłyszymy odgłosy burzy czy padającego deszczu. Wprawdzie "oficjalnie" Equinoxe ma ilustrować dnia z życia człowieka jednak podczas słuchania zdecydowanie bardziej dominują skojarzenia z wszechobecną przyrodą. Podobnie jak w Oxygene, utwory na płycie płynnie łączą się ze sobą, tworząc zgraną całość, pozbawioną wyraźnych przerw.
Equinoxe Part 1, pogodny utwór będący niczym muzyczna interpretacja wschodu słońca rozpoczynającego nowy dzień. Nieco senny Equinoxe Part 2, budzący skojarzenia z Oxygene part 1, może z kolei kojarzyć się z budzącą się do życia przyrodą. Tempo wzrasta wraz z energicznym Equinoxe Part 3, a wzrasta jeszcze bardziej w Equinoxe Part 4, który moim zdaniem stanowi swoistą wizytówkę tego albumu. Następnie słyszymy nadchodzącą burzę i wraz z uderzeniem pioruna rozpoczyna się równie żywiołowy Equinoxe Part 5, którego niektórzy zapewne pamiętają z czołówki programu popularno-naukowego "Kwant". Equinoxe Part 6 to swoisty łącznik między poprzednim a następnym utworem, czyli świetnym Equinoxe Part 7, który nieco zmniejsza wysokie tempo. I w końcu Equinoxe Part 8, który od dźwięków katarynki i padającego deszczu w tle przechodzi w łagodną, powolną melodię będącą tak naprawdę nieco zmienioną i wolniejszą wersją motywu który słyszeliśmy w Equinoxe Part 5.
Podobnie jak Oxygene, Equinoxe jest albumem ponadczasowym. Bogactwo niesamowitych dźwięków sprawia, że płytę można odkrywać na nowo za każdym przesłuchaniem.
Jean Michel Jarre- najbardziej znany twórca muzyki elektronicznej i zdecydowanie mój ulubiony kompozytor. Przygodę z muzyką Jarre'a zacząłem dosyć wcześnie gdyż słuchałem jego utworów w zasadzie odkąd pamiętam. Na początku jednak istniało dla mnie tylko Oxygene 7-13 no i niektóre kawałki z płyty Images, z niezrozumiałych dziś dla mnie powodów ignorowałem album Oxygene, (nie mówiąc o pozostałych, których nie posiadałem), album, który dał Jarre'owi światową sławę i to od niego zaczęła się prawdziwa kariera francuskiego kompozytora. Minęło kilka lat dopóki pierwszy raz przesłuchałem Oxygene od początku do końca i wtedy zdałem sobie sprawę co przez te lata mnie omijało.
Oxygene mocno przyczynił się do spopularyzowania muzyki elektronicznej, utwory jak Oxygene part 2 i 4 słyszał chyba każdy, Oxygene 4 zresztą do dziś pozostaje chyba najbardziej znanym utworem JMJ jaki stworzył (choć na pewno nie najlepszym). Oxygene osiągneło sukces m.in. dlatego, że brzmiał bardzo nowocześnie ale jednocześnie przystępnie choć początkowo mało kto wróżył jej sukces.
Zaczyna się od spokojnego Oxygene part I, delikatnie wprowadzającego słuchacza w świat elektronicznych dźwięków, na końcu płynnie przechodząc w Oxygene part II, bardziej melodyjny i dynamiczny, jeden z najbardziej rozpoznawalnych utworów Jarre'a, z charakterystycznym "refrenem" (fragment utworu został wykorzystany w reklamie Citroena C5). Utwór koćzy się przy szumach wiatru, po których zaczyna się któtki, nieco orientalny w brzmieniu Oxygene part III. Następnie słyszymy nieśmiertelne Oxygene part IV, najbardziej rytmiczny i wpadający w ucho "track" na płycie. Kolejny jest Oxygene part V, tu następuje zwolnienie tempa, po którym utwór powoli się rozkręca prezentując nieco orientalną (znów) solówkę. Album kończy się nieco nostalgicznym Oxygene part VI, żegnającym nas odgłosami mew i morskich fal...
Jest to album ponadczasowy, dziś brzmi tak samo dobrze i niemal równie nowocześnie jak 30 lat temu, wciąż słucha się go z przyjemnością. Czy to najlepszy album Jarre'a? Wiele osób tak uważa, choć wielu krytyków za najlepszy dorobek mistrza uznało album Zoolook. Osobiście trudno byłoby mi stwierdzić, która płyta w dyskografii JMJ jest tą zdecydowanie najlepszą, ale na pewno Oxygene zawsze będzie należeć do tych znajdujących się w ścisłej czołówce. Klasyk.
======Oxygene(1976)======
Oxygene part I (7:39)
Oxygene part II (7:54)*
Oxygene part III (3:06)
Oxygene part IV (4:13)*
Oxygene part V (10:11)
Oxygene part VI (7:05)
(6 utworów, łączny czas 40:08)
(Czasy utworów pochodzą ze zremasterowanej edycji albumu)
================
Ocena 9.0
================
Cena: ok. 30 zł (Allegro)
======================
*Na czerwono zaznaczam najbardziej wyróżniające się utwory.
Playstation 2, jak do tej pory, nie miało dużego szczęścia do serii Harvest Moon. Części, które się na nią ukazały, były albo "spłycone" w porównaniu z innymi (brak możliwości ożenku, festiwali itp.) choć wciąż udane (Innocent Life, Save The Homeland), lub miały wszystko co trzeba ale były... niegrywalne. Takim właśnie jest HM: AWL SE, konwersja z Gamecube'a, na którą posiadacze Czarnuli czekali około 1,5 roku i srodze się zawiedli.
Merytorycznie to jeden z najlepszych "symulatorów farmera" jaki wyszedł. Wszystkie obowiązkowe "patenty" serii są obecne, dzięki opcji tworzenia hybryd mamy całą masę warzyw i owoców do hodowli, w przypadku zwięrząt dołączyły m.in. kaczki czy kozy, wiele rzeczy poszerzono o nowe możliwości. Schemat jednak nie wykraczał poza ten znany z prequeli- rano podlewanie roślinek i opieka nad zwierzakami, wypad poza farmę aby coś sprzedać, pogadać z mieszkańcami i zapolować na przyszłą żonę, dzień w dzień rzobudowując swój dobytek. Wszystko to podano w schludnej oprawie graficznej. Niestety, to ostatnie dotyczyło tylko Gamecube'a, wersja na PS2 jawi się jako ponury żart programistów.
Naprawdę trudno uwierzyć jak można było wydać takie niedbale skonwertowany tytuł. O płynnej animacji można zapomnieć, ale to akurat nie problem. Sęk w tym, że gra przez większość czasu (z wyjątkiem, kiedy przebywamy w zamkniętych pomieszczeniach) działa w trybie "slow-motion", raz wolniej, raz szybciej ale efekt jest taki, że po 5 minutach kompletnie przechodzi ochota do dalszej zabawy. Wszystkie czynności dłużą się okrutnie, podlewanie sadzonek czy dojenie krów wydają się trwać w nieskończoność, a biorąc pod uwagę, że HM polega na regularnym powtarzaniu podobnych "zadań", a w AWL nie wystarczy zrobienie rundki dookoła farmy tylko raz, jak w poprzednich częściach, znużenie wkrada się bardzo szybko. Dodatkowo dochodzą koszmarnie długie loadingi, przy których wytrwają tylko ci naprawdę cierpliwi... lub zdesperowani.
Tryb matrix w AWL jest nie na miejscu także dlatego, że gra "w oryginale" była wystarczająco długa, ukończenie wymagało poświęcenia jej grubo powyżej 100 godzin, na dodatek wersja PS2 oferuje opcję kontynuowania gry w nieskończoność. Inne drobne zmiany to m.in. możliwość sprzedania wcześniej nabytej kozy (na GC nie było to możliwe, przez co zwierzaki po jakimś czasie stawały się zbędnym balastem) czy nowa dziołcha dostępna jako kandydatka na żonę. Tak więc wersja na Plejaka nawet przewyższa tą z GC, gdyby nie to nieszczęsne slow-motion...
Muzyka składa się z lekkich kawałków, które z założenia mają chyba tylko nie przeszkadzać, byleby coś przygrywało w tle, nie wybijają się ponad przeciętność. Wszelkie odgłosy przyrody wypadają poprawnie choć wygląda to nieco groteskowo gdy twój psiak szczeka zanim jeszcze otworzy pysk, dlaczego tak jest wyjaśniać chyba nie muszę...
Wielka szkoda, że Natsume tak zepsuło naprawde dobry tytuł. Możliwe, że są osoby, które mimo wszystko dobrze bawią się przy AWL SE, niestety ja, pomimo dużego samozaparcia, po kilkunastu godzinach sobie darowałem. Niedługo na PSP wyjdzie nowy Harvest Moon, będący sequelem niezłego, choć przeważnie mało docenianego Save The Homeland. Po cichu liczę, że doczekamy się konwersji na PS2, tak jak było z Innocent Life, ale szanse są dużo mniejsze, w końcu PS2 powoli znika ze sceny...
======Harvest Moon: A Wonderful Life Special Edition======
FIFA 98', konkretnie jej wersje na PC i PSX, jest uważana za jedną z najlepszych w historii serii. Trudno jest mi się ustosunkować do tego twierdzenia gdyż nie miałem wielu okazji by zagrać w tą część Fify na tych platformach ale z całą pewnością mogę powiedzieć, że FIFA 98' na Saturna to jeden z największych crapów w jakie miałem przyjemność (?) zagrać. EA kompletnie nie przyłożyło się do portu tej gry na konsolę Segi w wyniku czego powstał niemalże niegrywalny tytuł, aspirujący do miana najgorszej gry na Sega Saturn.
Dopóki krążymy po menu wszystko wydaje się być w porządku. Bogactwo dostępnych drużyn (oczywiście na licencji) i różnych opcji zdecydowanie zachęca do gry. Z dostępnych trybów mamy oczywiście takie jak mecz towarzyski, liga czy eliminacje do MŚ (możemy też zacząć od razu od fazy grupowej MŚ). Czar pryska już po pierwszych sekundach kiedy zobaczymy wreszcie piłkarzy wbiegającyh na murawę. Pomijając dosyć biedną oprawę graficzną, od razu rzuca się w oczy największa bolączka tej Fify- framerate. Gra gubi klatki niemiłosiernie, miejscami można odnieść wrażenie, że oglądamy pokaz slajdów co zdecydowanie nie pomaga w kontroli nad tym co się dzieje na boisku. Do tego czasami można zauważyć wyraźne zwolnienia animacji. Po tym, co widać na ekranie kompletnie odechciewa się grać. W zasadzie jedyne tryby gry, które można uznać za grywalne to konkurs rzutów karnych i mecze rozgrywane na hali (framerate też klęka, ale nie ma takiego dramatu). Co ciekawe developer zapomniał umieścić w grze... różnych warunków atmosferycznych. Nawet jeśli ustawimy przed meczem pogodę na deszczową nie zobaczymy ani kropli deszczu podczas meczu. Do tego dochodzą takie sytacje jak np. czekanie przez ponad minutę na załadowanie zapisanego stanu gry. Tak więc od strony technicznej FIFA na Saturna to kompletna porażka.
Na dodatek jest też kilka problemów ze sterowaniem. Dośrodkowania są kompletnie skopane, przy próbie wrzucenia piłki w pole karne ze skrzydła najczęściej leci ona w stronę publiczności a nie środka boiska, nieważne czy trzymamy jakiś kierunek na padzie czy nie. Podobne kwiatki zdarzają się nawet kiedy w opcjach włączymy funkcję "Auto-aimed crosses". Z kolei grając w obronie szybko zdajemy sobie sprawę, że wślizgi są w zasadzie bezużyteczne a żeby w ogóle zabrać piłkę przeciwnikowi trzeba wykazać się prawie idealnym timingiem. O tym, że Fifie 98' raczej daleko do miana symulatora wspominać nie muszę, gra jest wybitnie arcade'owa. Jako plusy mogę wymienić całkiem dużą ilość dostępnych trików czy też możliwość symulowania faulu.
Bez zarzutów spisuje się przynajmniej strona dźwiękowa. W menu usłyszymy licencjonowane kawałki (m.in. "Song 2" Blur) a jeśli chodzi o komentarz Fifa zdecydowanie przebija obecną wtedy konkurencję.
Fifę 98' nabyłem w sumie tylko po to, żeby się przekonać czy naprawdę jest tak zła jak słyszałem, odradzam jednak podobne pomysły. To chyba najgorszy port gry na Saturna jaki został wydany. W takim stanie, w którym przypomina wczesną betę, nigdy nie powinien ujrzeć światła dziennego. Jeśli chodzi o piłki kopane na Satka pewne są dwie rzeczy- najlepiej sprawić sobię Sega Worldwide Soccer 97' lub 98', i pod żadnym pozorem nie dotykać tak niedorobionego portu, jakim jest FIFA 98'.
======FIFA 98' Road To World Cup======
Sega Saturn, PSX, N64, GB, SNES, Mega Drive, PC; sportowa; 1997
Na Atari nie wyszło wiele gier wyścigowych, ale Enduro z pewnością można zaliczyć do tych najlepszych. Nie są to też typowe wyścigi, gra podzielona jest na kolejne dni, podczas których gracz musi wyprzedzić konkretną liczbę pojazdów- pierwszego dnia 200, i w każdym następnym 300. Jeśli mu się nie uda- koniec gry. Teoretycznie gra może się więc ciągnąć w nieskończoność. Żeby nie było za nudno zastosowano ciekawy patent- pogoda zmienia się w ciągu dnia (co ma odzwierciedlać podróż gracza przez różne stany Ameryki), zaczynamy w normalny poranek, potem musimy przygotować się na śnieg (nasz pojazd staje się trochę mniej zwrotny), mgłę (ograniczona widoczność), noc (zamiast samochodów widzimy tylko ich tylne światła) i potem znów nastaje dzień a my robimy wszystko żeby zdążyć wyprzedzić te ostatnie kilka aut przed wschodem słońca. Trzeba umiejętnie operować gazem i hamulcem gdyż nie zawsze opłaca się jechać z pełną prędkością, każda kolizja kosztuje nas kilka "miejsc" do tyłu, miejscami trzeba wykazać się nie lada zręcznością i skupieniem by uniknąć zderzenia ale trudno o spokój gdy mamy jeszcze do ominięcia setkę aut a nowy dzień zbliża się niebezpiecznie szybko.
Gra wygląda... schludnie. Droga to tylko dwie linie wyznaczające pobocze, samochody na ekranie tylko przypominają te prawdziwe (bliżej im do bolidu formuły 1) ale nie ma co wymagać od Atari niewiadomo czego, ważne, że nie trzeba się domyślać co naprawdę widać na telewizorze (a niektóre gry mają z tym problem). No i przede wszystkim plus za zmieniające się warunki pogodowe.
Gdybym miał porównać Enduro do jakiegoś innego, znanego tytułu, powiedziałbym, że to taki nieliniowy pierwowzór Outruna, niech to wystarczy za rekomendację. Warto zagrać.
PS: Enduro także znalało się na składance Activision Anthology.
Dzisiaj królem gier bokserskich można śmiało ogłosić serię Fight Night od, a jakże, EA Sports, której czwarta część powinna pojawić się już w tym roku, czyli mniej więcej 29 lat po ukazaniu się gry "Boxing" na Atari.
Czy w dobie takich gier jak Fight Night warto jeszcze zagrać w tytuł, któremu niedługo stuknie trzydziestka, tym bardziej jeśli nie czujemy do niego żadnego sentymentu? W przypadku Boxing muszę powiedzieć, że tak. Gra jest bardzo prosta a jednocześnie sprawia wiele frajdy. Mamy tylko jeden przycisk od zadawania ciosów, gramy jedną 2-minutową rundę, którą wygrywa ten kto zdobędzie więcej punktów- ciosy są różnie punktowane, zależnie czy uderzamy z bliska czy z daleka, można nawet wyprowadzić prostą serię ciosów jeśli tylko uda nam się zaprowadzić przeciwnika pod ścianę. Co ważne Boxing to nie bezmyślne mashowanie jednego przycisku gdyż równie ważne jest ustawienie się na ringu. Walki, czy to z komputerem czy z żywym przeciwnikiem, mogą być naprawdę emocjonujące i trzymać w napięciu do ostatniej sekundy a także sprawiać nie mniej radochy niż gdybyśmy grali w w ostatniego Fight Night'a. Jak na grę z Atari Boxing naprawdę nieźle oddaje realia sportu.
Grafika jak widać na screenie, jest prosta, zawodnicy ukazani są z lotu ptaka a jedyne dźwięki jakie słyszymy to dzwonek i odgłosy uderzeń. Takie przedstawienie akcji wydaje się być niemal idealne, na pewno lepsze niż gdyby bokserzy mieliby być ustawieni np. z boku.
Jeśli obecne bijatyki trochę ci się znudziły lub męczą rozbudowaniem, Boxing jest idealną odskocznią od tych tytułów. Prosty, grywalny i zaskakująco wciągający, warto zagrać.
PS: Boxing, jak i wiele innych gier z Atari od Activision, można znaleźć w retro-składance "Activision Anthology" na PS2 i GBA.
Segata Sanshiro to fikcyjna postać stworzona na potrzeby reklamy Sega Saturn w Japonii w latacj 1997-98. Sanhsiro to parodia judoki Sugata Sanshiro z filmu Akiry Kurosawy, w reklamach promuje Saturna i gry na niego na różne sposoby np. spuszczając łomot chłopakom, którzy chcieli pograć w baseball zamiast siedzieć w domu i grać na maszynce Segi. W każdej z nich wypowiada słowa "Sega Saturn (a raczej Sataan :) shiro!" co w wolnym tłumaczeniu znaczy "Biała Sega Saturn" jak i "Musisz zagrać w Sega Saturn" (na dodatek to zdanie brzmi podobnie do jego imienia i nazwiska). Segata miał nawet swoją własną grę, "Segata Sanshirō Shinken Yūgi" która stanowiła zbiór minigierek po części opartych na reklamach z jego udziałem.
Reklama 1- Segata jako przebrany Święty Mikołaj
Reklama 2- Sonic R
Reklama 3- Moja ulubiona :D Saturn Bomberman Fight!
Po wydaniu Daytona USA gracze, niedługo potem, zaczęli domagać się nowej, poprawionej części, czegoś na wzór Virtua Fighter Remix. W zamian dostali pełnoprawny sequel, niestety daleki od ideału.
Pierwsze co rzuca się w oczy to grafika. Daytona USA CCE wygląda tak jak "jedynka" powinna wyglądać od początku, przede wszystkim poprawiono problemy z pop-upem, animacja działała w płynnych 30 fps'ach. W tym temacie AM3, team odpowiedzialny za kultowe Sega Rally, odrobił pracę domową. Do tego doszły 2 nowe trasy, dostępne bryki były bardziej zróżnicowane niż w poprzedniej części. Na dodatek wszelkie opcje dostępne w grze mocno przypominały te z Sega Rally, niestety zabrakło czegoś na wzór Chamionship, pozostały jedynie pojedyńcze wyścigi. Doszedł za to multiplayer, a także Ghost Lap.
Szkoda, że zmiany na lepsze nie objęły pozostałych elementów gry. Model jazdy, który w zasadzie nie wymagał żadnych zmian, nieco zmodyfikowano a raczej popsuto. Poślizgi już nie wychodzą tak gładko, samochody są cięższe i trudniesze w opanowaniu, ogólnie jazda stała się mniej rajcująca niż w poprzedniku. Tu muszę wspomnieć o tym, że AM3 chyba zrozumiało swój błąd i w wersji japońskiej, wydanej 3 miesiące później, powrócił model jazdy z jedynki (a także utwory muzyczne z tej części co też było plusem- o tym za chwilę).
Gdyby nie te zmiany Daytona USA CCE (przynajmniej w wersji angielskiej) byłaby naprawdę warta polecenia bo w pozostałych aspektach zdecydowanie przebija prequela. No poza jeszcze jednym- muzyką. W tej części usłyszymy jedynie remixy starych utworów plus kilka nowych, wszystkie utwory w wersji instrumentalnej. Niestety, w większości przypadków znacznie ustępują swoim pierwowzorom i dosyć szybko zaczyna nam brakować "oryginalnych" kawałków.
Warto sprawdzić ten tytuł ale pod warunkiem, że zaopatrzymy się w japońską wersję (o ile mamy możliwość odpalania gier z innych regionów) ponieważ ta przeznaczona na rynek europejski i amerykański jest dosyć rozczarowująca, lepiej już pozostać przy Daytona USA, chociaż oczywiście nie jest wykluczone, że komuś sequel może spodobać się bardziej. Ja preferuję "jedynkę".
"Rooooooooling Staaaaaaaaaaart!". Tego tytułu posiadaczom Saturna raczej przedstawiać nie trzeba. Daytona USA była jednym z launch-titles konsoli Segi, nie do końca jednak spełniła oczekiwania graczy gdyż w wyniku pośpiechu (Saturn miał pojawić się na rynku później niż miało to miejsce) konwersja z automatu wyszła bardzo średnio- tekstury w niskiej rozdzielczości, kłujący oczy pop-up i czasem występujące zwolnienia animacji sprawiały, że Daytona nie wyglądała zbyt zachęcająco. Na szczeście najważniejszy element, czyli grywalność, nie zawiódł.
Dzisiaj Daytona mogłaby aspirować co nazjwyżej do wersji demo jakiegoś większego tytułu. Ledwo 3 trasy, samochodów trochę więcej ale nadających sie do sensownej jazdy może kilka, żadnego trybu "championship" tylko walka z czasem, z przeciwnikami na trasie lub bez. Taki już był urok gier na automatach, szybkie, krótkie ale wciągające i taka właśnie jest Daytona USA gdzie jedynym celem gracza jest wpisanie się do tabeli rekordów.
Model jazdy jest wybitnie arcade'owy, każdy zakręt pokonujemy efekciarskim poślizgiem z prędkością rzędu 300 km/h, generalnie jeździ się bardzo przyjemnie, oczywiście jeśli trasę pokonujemy porządnym autem. Denerwować mogą co najwyżej inni kierowcy, którzy nie dośc, że jeżdżą "po szynach" to czasem chętnie wkomponują cię w ściane albo zablokują drogę, no ale od czego jest tryb "Time Attack"? Niestety, multiplayera zabrakło.
Trasy są tylko 3 ale dosyć różne, naszpilkowane wieloma obiektami (a to statua Jeffry'ego z serii Virtua Fighter albo rysunek Sonica wykuty w skale) dzięki czemu nie są monotonne- jest kolorowo a obraz zmienia sie jak w kalejdoskopie. Pierwsza trasa to, tradycyjny dla serii Nascar, owal, druga to już bardziej zakręcony wyścig w kanionie, trzecia zaś, najdłuższa, to przejazd przez miasto położone na morzem. Wszystkie są dobrze zaprojektowane, nie nudzą się szybko a ich masterowanie sprawia duża frajdę. Do tego dochodzi "mirror mode" a same trasy możemy zaliczyć jadąc w odwrotną stronę (dzisiaj zobaczylibyśmy tylko napis "Wrong way, turn around", i gdzie tu zabawa?). Auta oddane nam do dyspozycji wzorowane są na tych z serii Nascar, ogółem dostępnych jest 10 modeli, różniącyh się osiągami i sterowaniem plus... konie (tych 4 sztuki).
Wspomniałem o co najwyżej średniej oprawie graficznej, a jak jest z dźwiękiem? Odgłosy samochodów, uderzeń są w miarę dobrę, muzyka zaś wśród graczy jest uważana za dość "obciahową", głównie ze względu na teksty i wokal ("Bruuuu Bruu Skajs Aj Siiiii!!!"), ale mimo to przygrywające nam kawałki są dosyć przyjemne w słuchaniu i pasują do gry (dostępne są też w wersji karaoke :).
Może nie jest to wybitna ścigałka ale trudno znaleźć posiadacza Saturna, który nie miałby jej w swojej kolekcji. Przystępna, przyjemna, idealna zarówno na krótkie, 15 minutowe posiedzenia jak i na "maratony" bicia rekordów.
Po co założyłem ten blog? Chciałem mieć gdzie umieścić swoje opinie na temat różnych filmów, gier czy muzyki w jednym miejscu, a że nie chciało mi się zakładać normalnej strony to założyłem bloga. Mam nadzieje, że tak się nie stanie ale, jak to zwykle bywa, po kilku wpisach pewnie go porzucę (słomiany zapał...).
O czym będe pisał? Recenzje gier, głównie na Playstation 2, Saturna ale i na inne platformy, wszelakich filmów, seriali, płyt (głownie muzyka elektroniczna), anime, książek i co tam jeszcze się znajdzie ale i nie tylko...
Pewnie w najlbiższych dniach trudno mi będzie znaleźć czas na prowadzenie tego bloga chociaż najpewniej porzuce co ważniejsze "obowiązki" i zajmę się pisaniem :P